Najtrudniejsze jest czekanie

Pewnego październikowego dnia przestałam mieć wątpliwości… To był fakt, byłam w czwartej ciąży. Bardzo niespodziewanej.
13 miesięcy wcześniej przyszła na świat moja córka, z ciąży powikłanej konfliktem serologicznym. Aby przeżyć, 7 razy miała przetaczaną krew.
Byłam w ciąży, to był jakiś 5 tydzień. Było we mnie niewiele złości. Pojawiły się raczej myśli, czy to dziecko ma jakiekolwiek szanse na przeżycie. Czy ono ma szansę dożyć do pierwszej transfuzji krwi? Czasem tliła się nadzieja, „A może to dziecko w końcu odziedziczy (jako pierwsze) współczynnik Rh po mnie a nie po mężu?” Postanowiliśmy, że mąż nastepnego dnia pojedzie do IhiT (Instytutu Hematologii i Transfuzjologii) , w celu zbadania swojego fenotypu.
Wynik dawał dużo nadziei na dziecko Rh ujemne!
I tak sobie czekałam, myśląc, czy będzie mi dane przytulić, karmić to dziecko…
Był we mnie duży spokój i takie przyzwolenie, że może być bardzo różnie…
(Pisząc to, wspominając, czuję drżenie i poruszenie, jak w tamtych dniach.)
Postanowiliśmy z mężem, że będziemy dzielić się tą wiadomością dopiero, gdy maleństwo przeżyje pierwszą transfuzję. Nie mówiliśmy dzieciom, rodzinie, przyjaciołom. Tylko lekarze wiedzieli.

W 11 tygodniu ciąży wybrałam się na badanie krwi do IhiT przy Chocimskiej w Warszawie.
Pani doktor K. nie przywitała mnie serdecznie, dosyć opryskliwie dopytywała, czy ja sobie w ogóle zdaje sprawę jakie to jest ryzyko i jaka to jest poważna sytuacja. Bardzo źle czułam się po tej wizycie. Dostałam skierowanie jedynie na oznaczenie miana przeciwciał, poprosiłam o skierowanie na badanie genetyczne, ale pani doktor stwierdziła, że nie jest na to pora, poza tym, to i tak nic nie zmieni… Wynik miana przeciwciał 1024…
W 13 tc poszłam na usg genetyczne, do znajomego lekarza. Jak mnie zobaczył długo nie mógł zrozumieć tego, że właśnie przychodzę po tak krótkim czasie w kolejnej ciąży 😉
W badaniu dr R. nie znalazł nic niepokojącego. Dziecko rozwijało się prawidłowo, wszystko z nią dobrze. A tak, bo tylko spojrzał i powiedział, że na 99% to kobieta. Sprawił mi tym ogromną radość!
W międzyczasie ok 15 tc mieliśmy z mężem pobraną krew do zbadania DNA dziecka.
Wynik potwierdził gorzko-słodką hipotezę: to dziewczynka Rh dodatnia.

Dokładnie pamiętam, jak zmęczona leżałam w domu na kanapie, F. wszedł do domu, podszedł do mnie i po cichu powiedział „Dzwoniła Pani Maria [Nowaczek], to dziewczynka Rh plus”.
Nie odpowiedziałam nic, popatrzyłam na niego i w mojej głowie spadła lawina myśli, że już nie ma nadziei, że będę musiała spędzić mnóstwo dni w szpitalu, że zaczyna się walka o Jej życie!

Ok. 18 tc, wiedziałam, że to moment, kiedy powinnam pójść na badanie usg, sprawdzające przpływy w tętnicy mózgowej dziecka. Mój stres był tak ogromny, że nie wyobrażałam sobie, aby pojechać do Kliniki przy Starykiewicza… Umówiłam się na usg do Multimedu. Bardzo się martwiłam w jakim stanie jest mała. Na takim usg połówkowym sprawdza się mnóstwo rzeczy. R. powiedział, że tak się stresuje, że zostawia te przepływy na koniec… No i do tego momentu wszystko było bardzo dobrze. Mała ważyła 480 gram.
R. sprawdza przepływ, 1,58 Mom… Jak to usłyszałam oczy zaszły mi łzami, cała zaczęłam drżeć. [Jak to piszę i wspominam, też cała drżę.] Prosił, żebym się uspokoiła, bo jak tak się denerwuję to może to zawyżać przepływ. Sprawdzał go jeszcze kilkakrotnie. Wszyskie wyniki były powyżej 1,5 Mom.
Zadzwonił do Pani docent, uzgodnili, że spotykamy się jutro w klinice.
Tak, wyglądało na to, że moim drugim domem na najbliższe kilka miesięcy stanie się klinika…
Następnego dnia przepływy wyglądały podobnie, ale ponieważ dziecko było bardzo malutkie lekarze monitorowali co drugi dzień jej stan i dopiero po tygodniu została podjęta decyzja o transfuzji.
To był 19 tydzień ciąży. Izba przyjęć, ulubiona Patologia Ciąży, ach wróciły wspomnienia :)
Na następny dzień została zamówiona krew. Obudziłam się rano, to był 14 lutego – walentynki.
Modliłam się, bałam się bardzo, co dziś się wydarzy. Ok.11 zjechałam do pracowni usg. Tam, jak zwykle, w poczekalni kolejka pacjentów, a w sali studenci. Do wykonania transfuzji przygotowywali się dr B i dr K. Pomimo ogromnego stresu czułam się bezpiecznie „w ich rękach”. Sprawdzili ułożenie malutkiej, uzgodnili szczegóły wkłócia i rozpoczęli. Pierwsze wkłócie nieudane, spróbowali ponownie, naczynie krwionośne było tak cienkie, że nie mogli wbić się w nie igłą. Po kilkunastu minutach dr B podjął decyzję o przewaniu zabiegu.
Zaczęła kurczyć się macica… Nie płakałam, bardzo się bałam… Pojechałam na wózku do sali, dostałam dwie nospy w zastrzyku i miałam leżeć.
Trudne było też to, że widziałam niepokój na twarzach lekarzy i położnych. Było trudno. Po dwóch godzinach przyszedł R. i to też dodało mi otuchy, powiedział, że jeśli B podjął taką decyzje to była to najlepsza jaką można było w tamtej chwili podjąć.
Po południu wyszłam do domu, miałam wrócić do kliniki po 5 dniach. To był już 20 tc, więc była nadzieja, że mała troszkę urosła i uda się lekarzom przetoczyć krew.
Przyszła pani Ania, moja ulubiona położna, żebym podpisała zgodę na zabieg. Spytała jak się czuję, powiedziałam, że bardzo się boję, że znów się nie uda… Ona chwyciła mnie za rękę i powiedziała, że będzie dobrze. Zjechaliśmy na parter, dziś na sali było jeszcz więcej studentów. Zawsze mnie to bardzo stresowało. Była jak zawsze wspaniała pani Ela, przygotowywali się dr B i dr B. Zaczęli. Wkłócie się udało, pobrali krew, po kilku chwilach usłyszeliśmy głos pani Eli „Cztery i trzy” – hemoglobina 4,3. Jęknęłam, przestraszyłam się, że taka niska. Zabieg udał się, malutka dostała 12ml krwi. Najwięcej jak mogła tamtego dnia.
Następna transfuzja została zaplanowana na 7 dni później. A w szpitalu okazuje się, że krwi dla mnie nie ma. Będzie prawdopodobnie dopiero po weekendzie… A to oznacza, że zabieg przesuwa się prawie o kolejny tydzień! Trudne to było, bo czułam, że za dużo tych kłód Pan Bóg rzuca nam pod nogi… Dostałam wypis i wracając do domu stwierdziłam, że zrobię co mogę, żeby tą krew zdobyć! W piątek wszystkimi drogami wysłaliśmy wiadomości „Potrzebna jest pilnie krew 0 Rh minus dla malutkiej dziewczynki. Jeśli ktoś może oddać, bardzo prosimy o kontakt”.
Pomogli znajomi, rodzina. Podczas tamtego weekendu dostałam kilkadziesiąt maili i smsów od osób chcących oddać krew. Ok 20 osób od Szczecina po Lublin oddało dla nas krew. Najtrudniejsze było to, że to nadal nie dawało gwarancji, że któraś z tych osób ma fenotyp krwi identyczny z moim i że będzie można ją podać Małej.
W poniedziałek pojawiłam się planowo na Oddziale Patologii Ciąży i usłyszałam od uśmiechniętej Pani Ordynator „podobno cała Polska oddaje dla Pani krew ;)” Najważniejsze, że czyjaś krew mogła nam pomóc! Kolejna transfuzja za nami.
Później jeszcze dwa zabiegi były przełożone z powodu braku krwi. Jeden odbył się trzy dni później, a drugi… nie odbył się w ogóle… Ale o tym za chwilę.

 

Z czasem wszyscy w rodzinie i wśród znajomych dowiedzieli się, że czekamy na narodziny kolejnego dziecka. Nasi synkowie nazwali małą Rodzynka i bardzo często pytali, czy Rodzynka dostała już krew i czy teraz już lepiej się czuje? Bardzo to było wzruszające, że tak się o nią troszczą.
W ostatni czwartek maja przyszłam planowo na Patologię Ciąży na zaplanowaną ósmą transfuzję. Po dwóch godzinach przyszła do mnie dr L i powiedziała „Pani Julianno, dostałam telefon z Saskiej [główna stacja krwiodawstwa w Warszawie], że krew będzie dopiero na poniedziałek.”
Ustaliłyśmy, że w takim razie wracam do domu i przyjdę w niedzielę wieczorem. I tak wszystkich kogo tylko się dało wypisywali, bo miało być czyszczenie Oddziału Położniczego i od soboty do wtorku rano miał być on zamknięty.
Wróciłam do domu i ta sytuacja nie dawała mi spokoju, bo tak naprawdę ja bardzo chciałam, żeby ona już się urodziła, bałam się tej ostatniej transfuzji. Zadzwoniłam do lekarza, opowiedziałam o swoich niepokojach. Umówiliśmy się na rozmowę z panią docent w sobotę. Rozmawialiśmy z pół godziny, ja naciskałam bardzo na założenie cewnika Foleya i kończenie ciąży. Ona zaproponowała sterydy, ostatnią transfuzję i indukcję po 10 dniach. Następnego dnia (niedziela, 1 czerwca) zjawiłam się na Izbie Przyjęć, wszystkie plany ze wspólnego Dnia Dziecka legły w gruzach, ale cóż… W szpitalu było bardzo dziwnie, zupelnie pusto, w całym budynku kilka pacjentek. Dostałam potwierdzenie, że warunki do porodu naturalnego są bardzo dobre, główkę czuć w badaniu. Zaczęto podawać mi sterydy. Podczas rutynowego ktg po południu na oddziale zauważyłam, że zapisał się ładny skurcz. Jednak równocześnie spadek tętna u małej… Lekarz dyżurny jednak nie przyszedł do mnie, nie dostałam potwierdzenia, że coś jest nie tak.
Następnego dnia (poniedziałek) od rana dziwnie się czułam, brzuch był jakiś bardzo twardy. Położna Ania przyszła wcześnie i powiedziała, że na razie nie wie co z krwią, ale musimy zrobić dłuższy zapis ktg. Po pół godzinie tego zapisu był obchód. Patrzyli trochę na mnie, na ten zapis, nie dużo mówili [zawsze bardzo mnie wkurzają takie sytuacje!]. Zapis ktg był niedobry, wskazywał na to, że Rodzynka czuje się w moim brzuchu bardzo źle. Po niedługim czasie, wróciła pani Ania i powiedziała, że transfuzja odwołana i że mam zejść na usg…
Bardzo się denerwowałam… Wchodzę na usg, R. mówi , że podobno ktg nie najlepsze. A ja na to, że niesety tak…
Przykłada głowicę do brzucha i słyszę: „To jest położenie miednicowe!”. A ja przez łzy powiedziałam cicho „Nie…” i jak już zaczęłam płakać tak szlochałam przez to całe badanie, trzęsłam się cała na tej leżance. Słyszałam jak lekarz zaczyna podawać położnej parametry do wpisania do komputera, ale nic z tego nie pamiętam. Cały czas zakrywałam twarz dłońmi i w żaden sposób nie byłam w stanie powstrzymać tej histerii. Usłyszałam tylko: „Julianna, proszę, uspokój się, bo nie mogę zmierzyć nic jak cały czas płaczesz.”
Niewiele to pomogło. Wyszłam z gabinetu, cała zapłakana poszłam na górę. Spotkałam panią Anię, tak smutno na mnie patrzyła, poprosiła „Wejdź do gabinetu, wszyscy na Ciebie czekają”. „Nie, nie wejdę, to nie może się dziać na prawdę”. W końcu weszłam do gabinetu, a w środku wszyscy lekarze oddziału Patologii Ciąży… Wszyscy na mnie patrzą, a ja kręcę głową i przez łzy mówię „To niemożliwe, nie nie zgadzam się”. Na biurku leżał formularz zgody na operację. Doc. B. „Pani Julianno, jutro, gdyby nie to, że położnictwo jest zamknięte do rana, to powiedziałabym, że jeszcze dziś.” A ja „Przecież rozmawiałyśmy przedwczoraj i mówiła Pani zupełnie co innego, miało być wszystko tak zupełnie inaczej… Ja wiem, że wszyscy chcą dla niej jak najlepiej i ja przecież też tego chcę, tylko, że ja też w tym jestem, miałam jakieś swoje marzenia, które nagle zniknęły!” Ta rozmowa trwała jeszcze z 15 minut. Czułam, że prawie nikt mnie nie rozumie… to też było takie trudne… Wyszłam. Na szczeście niedługo później przyszła do mnie położna pani Ania. Rozmawiałyśmy ponad godzinę, bardzo to była dla mnie ważna rozmowa i ogromne wsparcie!
W międzyczasie rozmawiałam jeszcze z dr K. On zupełnie nie rozumiał o co mi chodzi, ale ważne było dla mnie to, że przyszedł i pomimo zupełnie innego podejścia rozmawiał ze mną dobre pół godziny. To było dla mnie ważne, czułam, że oni mają czas, który chcą mi poświęcić, na spokojnie porozmawiać. Później przyjechał jeszcze F i wspaniała doula.
Tak. Wtedy, po jakichś 4 godzinach, przestałam płakać. Czułam ogromne wsparcie z wielu stron, zaczęłam rozumieć, godzić się z faktem, że nie mam w tej chwili żadnego wyboru. Moja córeczka jest w złym stanie, ma się narodzić i wszystko inne musi odejśc na dalszy plan.
Ok 15 czułam się tak wykończona psychicznie, jak chyba nigdy wcześniej. Postanowiłam, że spróbuję choć na chwilę zupełnie odciąć się od tego co mnie otacza. Usiadłam na łóżku z komputerem i postowiłam napisać maile do moich rodzących, przy których narodzinach dzieci miałam być obecna w najbliższych miesiącach. To było bardzo oczyszczające doświadczenie.
Nawet udało mi się zasnąć na godzinę. Obudziłam się z taką myślą, że jeśli moja córeczka ma się już jutro pojawić się na świecie to ja muszę mnóstwo rzeczy przygotować. Zrobiłam listę najpotrzebniejszych rzeczy, które moja kochana mama obiecała kupić i przywieźć wieczorem do szpitala.
Rano leżałam w łóżku, przebrana w operacyjną sukienkę i przytulałam, głaskałam moją córeczkę w brzuchu. Po obchodzie wybrałam jeszcze drugiego operatora, który będzie mnie ciął. Czułam, że jakoś oswajam tą operację :) R i W stworzyli bardzo miłą atmosferę na sali operacyjnej.
Byłam coraz bardziej spokojna, strasznie wkurzyło mnie tylko to, że F. przyszedł i zaczął się wykłócać o to, żeby go wpuścili na salę operacyjną; było mi strasznie wstyd, że muszę uczestniczyć w tej rozmowie.
Rodzynka przyszła na świat 3 czerwca o godz.10.40. Dostała 9 punktów w skali Apgar. Przytulałam ją jeszcze na sali operacyjnej, zanim zabrali ją na Oddział Patologii i Intensywnej Terapii Noworodka.
Wiem, że tych chwil nie zapomnę nigdy. Tych chwil i emocji nie da się porównać z niczym.
Ok godzinę po przewiezieniu mnie na salę pooperacyjną przyszła pani dr Kamińska, żeby poinformować mnie, że zamawiają krew dla mojej córki, powieważ wymaga ona transfuzji wymiennej krwi. Była bardzo zaskoczona, jak spokojnie z nią rozmawiam i piszę zgodę na zabieg. Wręcz nakrzyczała na mnie, że nie zdaję sobie chyba sprawy jaki to poważny zabieg i czemu tak zupełnie się tym nie przejmuję. Wytłumaczyłam jej na spokojnie (zalana morfiną;) ), że ta sytuacja nie jest dla mnie zaskoczeniem, że przygotowałam się na to psychicznie, że już raz przechodziłam taką sytuację i że może mi wierzyć, że zdaję sobie sprawę z tego, jak poważnym zabiegiem jest transfuzja wymienna krwi.
Rodzynka miała wylew krwi do mózgu I stopnia. Od 4 do 8 miesiąca była intensywnie rehabilitowana. Dzięki temu jako roczne dziecko w niczym nie odbiega od zdrowych rówieśników urodzonych o czasie, a dla mnie jest największym darem i cudem na świecie!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *